piątek, 26 lutego 2010

Sztokholm

Ekipa niedawno wróciła z wycieczki. Nie wdając się w szczegóły:

- Zielenili się na statku rejsowym,
- Przetoczyli się przez Rygę w parę godzin,
- Zielenili się ponownie,
- Spędzili dwa dni w Sztokholmie.

Przez ten czas zdążyli głównie:
- Zapomnieć o różnicy czasu między Rygą a Szwecją,
- Dosłownie wskoczyć na odpływający prom,
- Kupić prostownik (stary został w akademiku, a akumulator zmarzł),
- Zostawić alkohol z Rygi w bagażniku w mocno-ujemnej temperaturze (również zmarzł),
- Pooglądać sparaliżowane metro,
- Zostawić samochód na parkingu strzeżonym,
- Wzywać ochronę parkingu, by otworzyła bramę o 19,
- Część ekipy: Pomylić pociągi w drodze powrotnej.
- I chyba coś po drodze zwiedzili.

Huh. Aż trochę żałuję, że nie pojechałem :)

Zdjęcia Sztokholmu do pooglądania w w galerii Dominika.

---

Z wieści u mnie: Wczoraj było małe urodzinowe party Damiana i Tomasza. Było całkiem przyjemnie, śpiewaliśmy "sto lat" w wielu językach, na stole pojawiły się też dwa rewelacyjne ciasta (z czego jedno ananasowe, przepis z Brazylii, oraz jedno czekoladowe z bananem, przepis z pudełka - ubiłem śmietanę, ha!).

Kolega z Finlandii poczęstował nas swoim rodzimym trunkiem zwanym Salmari. Czarny specjał, lukrecja jako pierwsze skrzypce. Naprawdę się zdziwiłem: Otóż to jest autentycznie smaczne. Nie w taki sposób, jak np. nasza Żubrówka, którą się rodzimą tradycją pije, kaszle i stwierdza "uff, khh, dobra". To można normalnie wziąć do ust i z przyjemnością posmakować! Ostatnim alkoholem, który próbowałem z porównywalną przyjemnością, był miód pitny. Finlandia ma u mnie plusa.

--

Mam dla Was dużo ładnych zdjęć, tylko muszę tradycyjnie to wszystko wrzucić, przejrzeć... Niedługo. :)

sobota, 20 lutego 2010

Wycieczka: appendix

Zapomniałem dodać: Zaplanowaliśmy sobie (tak na pół serio :)), że gdy będzie ciepło, wybierzemy się jeszcze raz do tego zamku i spędzimy tam noc.

Do zrobienia:
  • Zaopatrzyć się w namiot. Alternatywnie: poczytać o robieniu szałasów lub spać pod gołym niebem. Albo w podziemiach? I wyznaczyć warty. (I w tajemnicy zatrudnić kogoś, by się probówał podkraść, tak dla wrażeń.)
  • Zaplanować prowiant (lub sprawdzić okolicę pod względem zwierzyny do upolowania).
  • Przygotować świeczki i sesję RPG, no bo jakże.
  • Obowiązkowo: Skombinować broń białą i hełmy z rogami, sztuk pięć.

Święto tynków vol.2: Wycieczka

Miałem opisać naszą krótką niedzielną wycieczkę, więc niniejszym to czynię:

Wyruszyliśmy z rana, zapakowaliśmy się w piątkę samochód i ruszyliśmy rozkoszną, równą szwedzką autostradą wzdłuż jeziora. Jechało się bardzo przyjemnie: z jednej strony przez okno widać na pół zamarznięte jezioro, a z drugiej zaśnieżone, strome zbocze skalne i drzewka. W takich warunkach można jeździć. :)

50 kilometrów zleciało w trymiga. Oto w przybliżeniu nasza trasa:


Wyświetl większą mapę

Kawałek za mieścinką o miłej nazwie Gränna (pokazana na mapie jako punkt docelowy) wysiedliśmy z samochodu na parkingu w małej zatoczce. Przeszliśmy podziemnym przejściem pod autostradą i już był zamek! Jak wygodnie, jak blisko.
Ruiny nie okazały się zbyt duże (przeciwnie), ale uroku im to nie ujmuje nic a nic. Budowla stoi na pagórku, a przez okna kamiennych ścian można godzinami obserwować wielkie jezioro Vättern, wysepkę na nim (podobno latem można tam jeździć konno) oraz kilka wiosek w dole.
Zresztą, co ja Wam będę mówił: Obrazek wart jest tysiąc słów, a ja - tak trochę, by odrobić opóźnienia z mojej strony - załączam tych obrazków ponad pięćdziesiąt. Wystarczy kliknąć:

Wycieczka 14.01

Kilka ostatnich zdjęć przedstawia Grännę, w której spędziliśmy dość mało czasu (nie bardzo było co zwiedzać). Niemniej kolorowy sklepik z tradycyjnymi szwedzkimi słodyczami (wyrabiane na miejscu!), który akurat był otwarty :), okazał się naprawdę przeuroczy. Nie sposób się oprzeć pokusie zrobienia tam zakupów, zapewniam. :)

poniedziałek, 15 lutego 2010

Święto tynków

Dużo się dziś działo w Szwecji.

Słowo kluczowe: Kolacja. Oj, z kolacją dzisiaj była niezła zabawa... Wszystko przez to, że z okazji pewnego święta jeden z towarzyszy podróży, który od pierwszych tygodni wyjazdu wyraźnie lubi się z roześmianą Brazylijką, postanowił naszykować jej kolację. Co w tym ciekawego? Opowiadam:
Skala przygotowań mnie nieco zaskoczyła. Rozumiem, że się ładnie ubrał w garnitur, rozumiem że zapomniał na kilka godzin o czujnikach dymu w pokoju i zapalił świeczki. Ale takie już zatrudnienie kolegi w roli kelnera było już bardzo epickim wyczynem. Powstało w sumie małe pospolite ruszenie pod tytułem "pomagamy Damianowi" - a to pomóc w kuchni, a to wybrać kelnerowi krawat, a to naradzić się jak najlepiej udekorować wesołej parce lody na deser...
Bohaterowie wieczoru siedzieli wprawdzie w pokoiku samemu, ale widząc całe przygotowania odniosłem wrażenie, że wyszło z tego bardziej przedstawienie niż kolacja. W każdym razie, wrażenia zdecydowanie pozytywne: będą mieli co wspominać ;).

A to nawet nie jest połowa wrażeń z dziś, bo jest jeszcze do opisania wycieczka i wieczorne odkrycie dokonane przez grupkę znudzonych studentów - ale to już następnym razem. ;)

wtorek, 9 lutego 2010

Afterwork

Jak wiadomo, w Szwecji (no cóż, że we Szwecji) jedzenie jest dość drogie. Gdzieś tak 2 razy droższe, niż u nas. I tak za pierwsze lepsze jedzenie na mieście (pizza, kebab, takie tam) płaci się 50-80 koron (circa 20-30zł), podczas gdy analogiczny Chińczyk w naszym kraju (większy i nieraz nawet smaczniejszy, jak się dobrze poszuka) zwykle brzęczy poniżej 10 sztuk złota, a pizze 'studenckie jednoosobowe' koło 15-20 w zależności od wielkości.

Trafiają się na szczęście rzeczy tańsze, niż u nas - na przykład lody familijne. Nie przytoczę cyferek, ale zauważalnie tańsze niż u nas. Pewnie je wycinają z któregoś jeziora :).
Gdy gotuje się samemu, jest nieco taniej, ale również drogo.

Do czego zmierzam? Szwedzi mają jeden sympatyczny zwyczaj, który te realia stawia nieco na głowie: Otóż w piątki po południu, gdzieś tak koło 15, większości gospodarzy w knajpach jak na sygnał przestawia się w głowie magiczny przełącznik. Zapominają w jednej chwili o wszelkiej chęci zysku, pędzą na zaplecze i wystawiają na wierzch garnki z rozmaitymi pysznościami.

Aha: Tutaj wszyscy mówią po prostu 'afterwork', ale już wiecie skąd się wziął nasz "szwedzki stół". ;)

Wystarczy tylko którymś piątkowym popołudniem zapukać tu lub tam, zapłacić jakieś 40-70 koron za talerz i... I dalej łatwo zgadnąć - sky's the limit, jemy ile chcemy i co chcemy. Darmo nie jest, ale niemniej, jakkolwiek by tego nie stawiać: 16 zł za "zjedz pysznego różnorodnego jedzenia ile tylko dasz radę" byłoby dobrą ofertą w Polsce. Na Szwedzkie cenowe realia, jest to po prostu raj.

Moja pierwsza styczność z afterworkiem wypadła bardzo polsko: 2 czubate talerze jedzenia, chwila przerwy (jeść więcej, nie jeść?) i jeszcze jedna mniejsza porcja na deser, bo przecież się nie może zmarnować. A było w czym wybierać: Od ziemniaków w mundurkach, poprzez śledzie na kilka sposobów, surówki i sałatki, na nachosach i innych drobnostkach kończąc.

piątek, 5 lutego 2010

Podróż

Hejże!

Ostatnio złożyło się, że nie pisałem (bo tak). Ostatnio niemniej się ktoś moim blogiem zainteresował - miła niespodzianka, dzięki! - więc dobrze byłoby gdybym zainteresował się nim również ja. Z tej racji skrobnę dziś parę akapitów odnośnie podróży.

Podróż jednym słowem? Długa. Dwoma? Długa i męcząca. Na trzecim miejscu postawiłbym jeszcze "mimo to przyjemna".

Złota rada #1: Jeśli zbierasz się by polecieć samolotem po raz pierwszy w życiu, poleć w nocy i w bezchmurną pogodę. Warto!

Ale po kolei:

Koło szóstej na lotnisku zaczęła się odprawa. Czasu było aż nadto, lecz mimo to przydał się, bo lotniskowe wagi mają swoje widzimisię i trzeba było przepakować to i tamto.

Złota rada #2: Wagę bagażu podręcznego najprościej zmniejszyć racząc się prowiantem.

Końcową fazą odprawy każdego przyszłego inżyniera jest obowiązkowe przejście przez Bramkę Logiczną. Wyszło mi to dość zabawnie, bo bramka uparcie dla mojego wejścia ustalała wyjście Prawdziwe, przez co musiałem w kolejnych próbach pozbyć się butów, kurtki, bluzy, wisiorka, telefonu i czegoś tam chyba jeszcze. Bramki ten pokaz i tak nie wzruszył, więc skończyło się na przeszukaniu przez Poważnego Strażnika. Dopiero wtedy mogłem ruszyć dalej. Minęło dobre kilka dni, zanim załapałem, że nie zdjąłem okularów.

Quiz: Czyja spostrzegawczość jest gorsza, strażnika celnego czy moja?

Tyle o odprawach. Samolocik okazał się bardzo różowy i dość mały (3 rzędy ciasnych siedzeń, spacja, drugie 3 rzędy - nie to, co te dwukorytarzowe kolosy na filmach). Pilot się z nami ładnie przywitał, załoga powiedziała w którą stronę mamy uciekać i gdzie są kamizelki ratunkowe, które mamy założyć w razie kąpieli w Bałtyku, a następnie polecieliśmy. No, prawie następnie, bo kołowaliśmy sobie po lotnisku dość długo. Wrażenia mniej więcej takie: "Oho, długa prosta: to na pewno pas startowy. Nie? A, może i nie, niby się tylko toczymy. Tam dalej jest druga, dużo dłuższa prosta, to na pewno teraz. Dalej nie? Hm, jeszcze jeden zakręt i na pewno...". Trwało to z kwadransik.
Gdy dość niespodziewanie ruszyliśmy z zauważalnie mocniejszym przyspieszeniem (zaczęło wgniatać w fotel), nie było wątpliwości, choć nadal powtarzałem sobie "że co, i to niby poleci? dobre sobie, przecież każdy wie że nie da się latać". Niemniej chwilę później, gdy już zacząłem rozważać co zrobię jeśli wbijemy się tą rozpędzoną różową machiną w podwarszawskie drzewa. Jednak mój układ współrzędnych obrócił się zaraz wzdłuż osi X i zauważyłem, że ziemia odsuwa się nam spod kół. Samolocik zrobił transformersa, schował koła i po chwili wszystko zaczęło szybko maleć w oczach.

OK, wracając do tematu: Dlaczego warto lecieć samolotem w nocy za pierwszym razem?

Wyglądałem przez okno z niecierpliwym wyczekiwaniem: "kiedy zobaczę wreszcie takie malutkie wszystko?". Jakie było moje oburzenie, gdy przez pierwsze kilka minut lotu widziałem tylko mgłę. "Bardzo mglisty poranek sobie wybrałem na lot", stwierdziłem. Minęło sporo zaspanych ziewnięć, zanim dotarło do mnie że gapię się na chmury z wierzchu. Widok pustego nieba powyżej chmur - bezcenne. Świadomość, że widzi się wschód słońca, podczas gdy "tam na dole" mają do niego jeszcze daleko - również intrygujące ;). Już mamy dobry powód.

Kolejne wrażenie z nocnego lotu: Na chmurkach tu i ówdzie widać było mniej i bardziej wyraźne żółte ciapki. Minęła chwila, zanim do mnie dotarło, że jeden ciapek to cała miejscowość. Zaskakujące.

W samolocie dostałem w prezencie magazyn od linii lotniczych (głównie reklamy, parę artykułów w różnych językach), udało mi się również podziękować uprzejmie za propozycję barbarzyńsko drogich przekąsek. Obserwując przesuwającą się za oknem sekwencję "chmury z ciapkami - chmury bez ciapek - znowu chmury z ciapkami" wydedukowałem po pewnym czasie, że Bałtyk mam za sobą i jestem nad Szwecją.

I chwilę później do mnie dotarło, jakie mam szczęście: Otóż większość Szwecji owego poranka była zupełnie bezchmurna. Niby nic takiego...
A jednak pokuszę się, by bez przesady stwierdzić, że miasta widziane w nocy, rozświetlone tysiącami żółtych lamp i przemierzane przez czerwono-białe kropki samochodów, oglądane z dużej wysokości bez żadnej chmurki zasłaniającej widok, wyglądają *nieziemsko*. I chcę to zobaczyć jeszcze raz.

Zaczęliśmy się z towarzyszem podróży prześcigać we wskazywaniu kolejnych mijanych miast i stwierdzaniu "To jest Göteborg. Nie, tamto jest większe, z pewnością tamto jest Göteborg. Hej, zaraz, zobacz to w oddali, jest dwa razy większe od tego Göteborga! Z pewością się pomyliliśmy. Hej, czekaj, czekaj, a patrz na to kolejne!"...

Zajęło to nam co najmniej piętnaście minut. I nie ukrywam, że było dość głupie, bo gdy lecieliśmy nad Göteborgiem, to pokrył nam swoimi światełkami i ulicami cały widok z iluminatora. A i tak widzieliśmy połowę, nie więcej.

Warto to zobaczyć. Oglądanie poszczególnych ulic z takiej wysokości, śledzenie przesuwających się linii reflektorów samochodowych, wyodrębnianie na oko poszczególnych dzielnic miasta... Naprawdę przyjemne i radosne zajęcie. Dało mi jeszcze więcej radości, niż gdy odkryłem Google Maps :). Serio. Lećcie samolotem w nocy.

PS. Czy lot samolotem mnie nastraszył? Nie, raczej nie. Start i lądowanie były dość obfite w wrażenia (i przeciążenia - trochę mi się kręciło w głowie, ale to raczej moja wina, bo mam to samo w co szybszych windach). Sam lot natomiast był dużo spokojniejszy od jazdy pustym autobusem. To rozkoszne mruczenie silnika za oknem paradoksalnie bardziej mnie usypiało i relaksowało, niż przeszkadzało. Rzekłbym nawet, że mogłoby spokojnie zainspirować Behemotha do paru albumów. :)

W następnym odcinku pierwsze kroki w Szwecji. Pozdrawiam wszystkich, którzy o mnie pamiętają (i Was wszystkich, całą resztę, też! :P). Cheers!