Hejże!
Ostatnio złożyło się, że nie pisałem (bo tak). Ostatnio niemniej się ktoś moim blogiem zainteresował - miła niespodzianka, dzięki! - więc dobrze byłoby gdybym zainteresował się nim również ja. Z tej racji skrobnę dziś parę akapitów odnośnie podróży.
Podróż jednym słowem? Długa. Dwoma? Długa i męcząca. Na trzecim miejscu postawiłbym jeszcze "mimo to przyjemna".
Złota rada #1: Jeśli zbierasz się by polecieć samolotem po raz pierwszy w życiu, poleć w nocy i w bezchmurną pogodę. Warto!
Ale po kolei:
Koło szóstej na lotnisku zaczęła się odprawa. Czasu było aż nadto, lecz mimo to przydał się, bo lotniskowe wagi mają swoje widzimisię i trzeba było przepakować to i tamto.
Złota rada #2: Wagę bagażu podręcznego najprościej zmniejszyć racząc się prowiantem.
Końcową fazą odprawy każdego przyszłego inżyniera jest obowiązkowe przejście przez Bramkę Logiczną. Wyszło mi to dość zabawnie, bo bramka uparcie dla mojego wejścia ustalała wyjście Prawdziwe, przez co musiałem w kolejnych próbach pozbyć się butów, kurtki, bluzy, wisiorka, telefonu i czegoś tam chyba jeszcze. Bramki ten pokaz i tak nie wzruszył, więc skończyło się na przeszukaniu przez Poważnego Strażnika. Dopiero wtedy mogłem ruszyć dalej. Minęło dobre kilka dni, zanim załapałem, że nie zdjąłem okularów.
Quiz: Czyja spostrzegawczość jest gorsza, strażnika celnego czy moja?
Tyle o odprawach. Samolocik okazał się bardzo różowy i dość mały (3 rzędy ciasnych siedzeń, spacja, drugie 3 rzędy - nie to, co te dwukorytarzowe kolosy na filmach). Pilot się z nami ładnie przywitał, załoga powiedziała w którą stronę mamy uciekać i gdzie są kamizelki ratunkowe, które mamy założyć w razie kąpieli w Bałtyku, a następnie polecieliśmy. No, prawie następnie, bo kołowaliśmy sobie po lotnisku dość długo. Wrażenia mniej więcej takie: "Oho, długa prosta: to na pewno pas startowy. Nie? A, może i nie, niby się tylko toczymy. Tam dalej jest druga, dużo dłuższa prosta, to na pewno teraz. Dalej nie? Hm, jeszcze jeden zakręt i na pewno...". Trwało to z kwadransik.
Gdy dość niespodziewanie ruszyliśmy z zauważalnie mocniejszym przyspieszeniem (zaczęło wgniatać w fotel), nie było wątpliwości, choć nadal powtarzałem sobie "że co, i to niby poleci? dobre sobie, przecież każdy wie że nie da się latać". Niemniej chwilę później, gdy już zacząłem rozważać co zrobię jeśli wbijemy się tą rozpędzoną różową machiną w podwarszawskie drzewa. Jednak mój układ współrzędnych obrócił się zaraz wzdłuż osi X i zauważyłem, że ziemia odsuwa się nam spod kół. Samolocik zrobił transformersa, schował koła i po chwili wszystko zaczęło szybko maleć w oczach.
OK, wracając do tematu: Dlaczego warto lecieć samolotem w nocy za pierwszym razem?
Wyglądałem przez okno z niecierpliwym wyczekiwaniem: "kiedy zobaczę wreszcie takie malutkie wszystko?". Jakie było moje oburzenie, gdy przez pierwsze kilka minut lotu widziałem tylko mgłę. "Bardzo mglisty poranek sobie wybrałem na lot", stwierdziłem. Minęło sporo zaspanych ziewnięć, zanim dotarło do mnie że gapię się na chmury z wierzchu. Widok pustego nieba powyżej chmur - bezcenne. Świadomość, że widzi się wschód słońca, podczas gdy "tam na dole" mają do niego jeszcze daleko - również intrygujące ;). Już mamy dobry powód.
Kolejne wrażenie z nocnego lotu: Na chmurkach tu i ówdzie widać było mniej i bardziej wyraźne żółte ciapki. Minęła chwila, zanim do mnie dotarło, że jeden ciapek to cała miejscowość. Zaskakujące.
W samolocie dostałem w prezencie magazyn od linii lotniczych (głównie reklamy, parę artykułów w różnych językach), udało mi się również podziękować uprzejmie za propozycję barbarzyńsko drogich przekąsek. Obserwując przesuwającą się za oknem sekwencję "chmury z ciapkami - chmury bez ciapek - znowu chmury z ciapkami" wydedukowałem po pewnym czasie, że Bałtyk mam za sobą i jestem nad Szwecją.
I chwilę później do mnie dotarło, jakie mam szczęście: Otóż większość Szwecji owego poranka była zupełnie bezchmurna. Niby nic takiego...
A jednak pokuszę się, by bez przesady stwierdzić, że miasta widziane w nocy, rozświetlone tysiącami żółtych lamp i przemierzane przez czerwono-białe kropki samochodów, oglądane z dużej wysokości bez żadnej chmurki zasłaniającej widok, wyglądają *nieziemsko*. I chcę to zobaczyć jeszcze raz.
Zaczęliśmy się z towarzyszem podróży prześcigać we wskazywaniu kolejnych mijanych miast i stwierdzaniu "To jest Göteborg. Nie, tamto jest większe, z pewnością tamto jest Göteborg. Hej, zaraz, zobacz to w oddali, jest dwa razy większe od tego Göteborga! Z pewością się pomyliliśmy. Hej, czekaj, czekaj, a patrz na to kolejne!"...
Zajęło to nam co najmniej piętnaście minut. I nie ukrywam, że było dość głupie, bo gdy lecieliśmy nad Göteborgiem, to pokrył nam swoimi światełkami i ulicami cały widok z iluminatora. A i tak widzieliśmy połowę, nie więcej.
Warto to zobaczyć. Oglądanie poszczególnych ulic z takiej wysokości, śledzenie przesuwających się linii reflektorów samochodowych, wyodrębnianie na oko poszczególnych dzielnic miasta... Naprawdę przyjemne i radosne zajęcie. Dało mi jeszcze więcej radości, niż gdy odkryłem Google Maps :). Serio. Lećcie samolotem w nocy.
PS. Czy lot samolotem mnie nastraszył? Nie, raczej nie. Start i lądowanie były dość obfite w wrażenia (i przeciążenia - trochę mi się kręciło w głowie, ale to raczej moja wina, bo mam to samo w co szybszych windach). Sam lot natomiast był dużo spokojniejszy od jazdy pustym autobusem. To rozkoszne mruczenie silnika za oknem paradoksalnie bardziej mnie usypiało i relaksowało, niż przeszkadzało. Rzekłbym nawet, że mogłoby spokojnie zainspirować Behemotha do paru albumów. :)
W następnym odcinku pierwsze kroki w Szwecji. Pozdrawiam wszystkich, którzy o mnie pamiętają (i Was wszystkich, całą resztę, też! :P). Cheers!