poniedziałek, 31 maja 2010

Łosie

Bogowie, kiedy ja tu ostatnim razem pisałem?

Krótko: Nie piszę, bo pracy dużo, jak również bo jestem leniwy. Ale mam tu taką galeryjkę, którą miałem wrzucić sam nie wiem kiedy, a zapomniałem:


Łoś Safari

wtorek, 4 maja 2010

Szwedzcy kierowcy

Szybki test: Czy nadajesz się na szwedzkiego kierowcę? Wszystkim zainteresowanym prezentuję niniejszy problem.

Na obrazku przedstawione jest rondo. Jak na miejscu czerwonego samochodu z lewej należy dokonać manewru skrętu w prawo?




(obrazek tradycyjnie dzięki uprzejmości Google Maps)

Pytanie może nieco podchwytliwe i wbrew pozorom bardzo trudne, skręcanie w prawo na rondzie to przecież wcale nie jest taka banalna sprawa! A co, jeśli ktoś będzie chiał też skręcić? A co, jeśli na asfalcie będą kamienie? Albo jeśli nagle wyskoczy wiewiórka? Nie zaszła żadna z takich sytuacji, ale kierowca powinien mieć te wszystkie warunki w głowie podczas wykonywania manewru.

Sam nie potrafiłbym poprawnie odpowiedzieć, jak należy przejechać to rondo. Na szczęście pewien uprzejmy szwedzki kierowca dziś nauczył nas tej trudnej sztuki.

<<< Pokaż odpowiedź >>>

niedziela, 2 maja 2010

Wycieczka do Polski

Nie miałem okazji podzielić się z Wami wrażeniami z naszego wielkanocnego wyjazdu do Polski. Najwyższa pora :)

Podróż tym razem dla odmiany nie samolotem, a samochodem. W jedną stronę (bez przerwy) jedzie się około 15 godzin. Oto nasza trasa, będąca wynikiem długich rozważań i kalkulacji:


Powiększ

Poprzez Szwecję jechaliśmy prawie bez zatrzymania po autostradach. Szwedzka siatka dróg jest rozbudowana i przyjemna w o obsłudze, a za oknem auta cały czas przewijały się piękne lasy, więc pierwszy odcinek trasy zleciał szybko.

Dojechawszy do Malmö, natrafiliśmy na pierwszą atrakcję:

(fot. wikipedia)

Oresund Bridge, czyli Most nad Sundem, łączy Malmö z Kopenhagą. Nazwa "nad Sundem" jest odrobinkę nietrafiona, bo w połowie drogi znajduje się sztuczna usypana wyspa, a most nurkuje tam pod wodę i przemienia się w tunel.
Przejazd przez tę uroczą atrakcję turystyczną samochodem kosztuje 38 euro. :) Zawsze taniej niż prom.

W Kopenhadze zrobiliśmy sobie przystanek. Przez kilka godzin zmierzaliśmy rozświetloną latarniami starówkę - brak mi tu trafnego epitetu, więc powiem po prostu, że jest bardzo, bardzo ładna! W centrum prawie nie widać nowoczesnych budynków - bardzo zadbano o utrzymanie klimatycznej atmosfery. Całości uroku dodają rowerzyści w wełnianych czapkach z rogami. :)
Zdjęć niestety z tej okolicy praktycznie nie mam, bo mój stary Kodak boi się ciemności, ale postaram się wydębić nieco od Dominika.

Dalej: Po spacerze udało nam się dostać do akademika naszych kolegów. Wygląda mniej więcej jak więzienie i podobnie ciężko się tam dostać. Każdy pokój taki sam, korytarze identyczne na każdym piętrze... Zgroza! W połowie nie tak przytulnie, jak w naszym odremontowanym szpitalu psychiatrycznym z katakumbami. Mimo to, dość wygodnie i funkcjonalnie.

Zjedliśmy sobie spóźnioną kolację, pogawędziliśmy, zdrzemnęliśmy się nieco i skoro świt wyruszyliśmy w dalszą drogę. Dzięki za nocleg i dobre towarzystwo, ekipo! Polska gościnność górą :)

Z Kopenhagi szybki rajd do Gesner - tam o dziewiątej rano odpłynęliśmy ładnym promem w stronę Rostocku. Na promie czas leci szybko i miło: spacer tu, spacer tam, rozglądanie się za kawałkiem wolnej podłogi i godzina drzemki. Drzemiąc ciągle w samochodzie, nie miałem ochoty podporządkować się pod ten schemat, więc patrolowałem na zmianę wszystkie pokłady Księcia Joachima, nie omieszkawszy też wyjść na zewnątrz. To ostatnie bardzo się przydało pod koniec wyprawy, gdy wpływając do Rostocku udało mi się zrobić kilka naprawdę niezłych zdjęć.

Po dopłynięciu do Niemiec podróż zleciała szybko i bez szczególnych atrakcji - z wyjątkiem postoju w Porcie 2000. Jest to sympatyczny zajazd dla tirów, wyposażony standardowo w miejsca noclegowe, małe zoo i - co dla nas najważniejsze - tanią, smaczną restaurację szybkiej obsługi. Zjeść polskiego schabowego z pieczonymi ziemniakami i kapustą pierwszy raz od kilku miesięcy - uczucie nie do opisania!

Mała galeryjka w prezencie:

Podróż do Polski

poniedziałek, 26 kwietnia 2010

Szwecja, spacja, Szwecja

Hej hej!

Nie pisałem dłuższą chwilę. W skrócie, zdążyłem mniej więcej tyle:
- Posiedzieć trochę w Polsce, zobaczyć się z garstką ludzi i wrzucić rodzicom nieco węgla do piwnicy (ktoś musi :)),
- Zdecydować się na kupno konkretnego modelu pianina, niech ja tylko do Polski wrócę na dobre!,
- Wrócić do Szwecji - w sumie siedemnaście godzin podróży, w sam raz! (Po ~pięciu przestaje się zauważać, że jest ich więcej),
- Stwierdzić, że standardowa pogoda typu "jakieś 5-10 stopni i słońce" jest generalnie w sam raz,
- Zauważyć, że bez śniegu to miasto wygląda równie rewelacyjnie, co ze śniegiem, a kolor jeziora w słoneczny dzień jest AWESOME,
- Zaakceptować widok nagłej, przelotnej śnieżycy w środku słonecznego dnia (a udowodnię!),
- Ucieszyć się z zaliczonego pierwszego segmentu,
- Rozczarować sposobem prowadzenia jednego z przedmiotów na kolejnym segmencie oraz zaakceptować drugi (uogólnienie: przedmioty na magisterskich są OK, a wykładowcy często w porządku, ale na pierwszym roku inżynierskich panuje tu masówka i robotyzm. a szkoda :( ),
- Wziąć udział w kilku ciekawych wydarzeniach,
- Ponarzekać na siebie, że nie opisuję ich na bieżąco,
- Pomarudzić na mój aparat fotograficzny (fajny, ale staruszek),
- Wreszcie, zrobić kilkaset nowych zdjęć (mam na dysku 7 folderów z 'sortuj' w nazwie, a kolejne kilkaset zalega jeszcze na aparacie). Sortowanie tego to ciężka praca. :)

czwartek, 25 marca 2010

Jönköping

Sesja. Jeden egzamin za mną, drugi przede mną. Dam znać, gdy będą wyniki, a na razie podzielę się kilkoma nieco starymi zdjęciami ze spaceru po Jönköping, których jakoś do tej pory nie wrzuciłem:

Jonkoping zimą

I jak, ładnie u nas?

piątek, 19 marca 2010

Science Park

Dawno nie pisałem! Niniejszym nadrabiam :)

Mogę się usprawiedliwić dwoma faktami:

1) Uczelnia! Niby nie miałem zajęć ostatnie dwa tygodnie. Zabawny to zatem zbieg okoliczności, że spośród wszystkich przez te właśnie tygodnie spędziłem na uczelni najwięcej czasu. (A może po prostu najbardziej się dłużył? Hmm...). W każdym razie: Były dwa projekty grupowe, jeden skończony, drugi prezentujemy dziś. A oto kolega, którym się zajmowałem przez ostatni czas:


2) Jeśli akurat nie siedziałem na uczelni, to najpewniej siedziałem w akademiku i ćwiczyłem pianino. Mam już całkiem niezłą passę, od ponad tygodnia trenując codziennie. Chcę wrócić do Polski umiejąc i już. ;)

- - -

Z ciekawych rzeczy:

W Jönköping, zaraz obok uniwersytetu, funkcjonuje bardzo ciekawa instytucja, czyli Science Park. Funkcjonuje na bardzo prostej zasadzie: Wpada się na pomysł działalności gospodarczej, idzie tam z pomysłem, umawia na spotkanie, a następnie jeden z Bardzo Uprzejmych Ludzi cierpliwie tłumaczy w jaki sposób należy dopełnić wszystkich formalności, by z działalnością ruszyć. Oferują wszelkiej maści porady i konsultacje, pomagają także spojrzeć krytycznie na pomysł i oszacować, czy się powiedzie.
Science Park składa się z trzech sekcji (Business Lab, Business Incubator i Business Growth). Pomysłodawca zgłasza się do pierwszej, a jego działalność ma docelowo przejść przez całą trójkę, by następnie pewnie stanąć na własnych nogach. Każde stadium oferuje szereg usług, starając się jak najlepiej trafić w potrzeby danych grup.

Business Lab, czyli pierwsza (bodaj) sekcja, charakteryzuje się m.in. tym, że jest zupełnie darmowa i nie stawia praktycznie żadnych barier przed aplikantami. Można bez problemu otrzymać kartę dostępową do budynku, dostęp do przestrzeni biurowej oraz możliwość wynajęcia np. sali konferencyjnej, rozmiar wedle potrzeb i uznania, by przyszły przedsiębiorca nie musiał np. przyjmować potencjalnego klienta w kuchni gotując bigos. :) I to wszystko zupełnie za darmo!

Science Park pozwala też założyć sobie stałą siedzibę z adresem. Ma na miejscu konsultantów, którzy chętnie udzielą kilku porad w bardziej specyficznych tematach. Idealny launch pad dla młodych firm!

Ciekawe, czy mamy coś takiego w okolicach Łodzi. Słyszałem coś o technoparku pod lotniskiem, ale cicho na ten temat i na uczelni, i w mediach... Żyje to, nie żyje? :)

- - -

W Science Parku mieliśmy już okazję kilkukrotnie zagościć. Jednym z wydarzeń było Open Coffee, czyli nieformalne spotkanie ludzi aktywnych biznesowo przy tradycyjnym szwedzkim poczęstunku kawą i ciastem. Mieliśmy okazję poznać kilku ciekawych ludzi, np. sympatycznego imigranta z Indii z gotowym biznesplanem. :)

Innym razem uczestniczyliśmy w krótkim wykładzie dotyczącym zakładania firmy w Szwecji. Bardzo nas rozczarowało (i zaskoczyło), że nie ma tu czegoś w podobie polskiej umowy o dzieło - jeśli chcielibyśmy świadczyć usługi szwedzkim firmom, musimy mieć możliwość wystawienia faktury.
Dobrym usprawiedliwieniem jest fakt, że założyć tu firmę jest naprawdę łatwo! Najprostszym wariantem jest tzw. Sole Trader, czyli coś na kształt jednoosobowej działalności gospodarczej z pełną odpowiedzialnością finansową (jest możliwe zatrudnianie pracowników). Uzyskać ten status można - w przeciwieństwie do spółek z ograniczoną odpowiedzialnością, itp. - bez żadnego wkładu własnego i jedynie z minimalną ilością papierowych formalności. Jeśli jest się Szwedem, to jest to chyba kwestia jednej wycieczki do odpowiedniego urzędu. I już :)

Co więcej: Jeśli będąc sole traderem nie ma się na początku żadnych przychodów, to nie płaci się za firmę żadnych podatków, żadnego ubezpieczenia społecznego, nic! Ile młodych, obrotnych ludzi w Polsce, często studentów, traci swój entuzjazm na odwiecznym problemie "parę tysięcy za założenie firmy + ZUS co miesiąc, a ja tylko chcę projektować strony / sprzedawać chleb / ...? ". A tutaj odwrotnie: Chcesz działać? Idziesz do urzędu, przedstawiasz się i działasz. Proste? Proste!

Szczerze: Gdyby Szwecja miała polski język i polską kulturę, to byłaby rajem.

niedziela, 7 marca 2010

School of Engineering

Dawno nic nie pisałem, więc podzielę się paroma zdjęciami. Oto jak mój wydział wygląda od środka:


Uczelnia

poniedziałek, 1 marca 2010

Marcowa zima

Polska podobno cieszy się z roztopów. Przynajmniej ta część, która akurat nie ma zalanej piwnicy. Wszystko normalnie i zdrowo: Luty się kończy, śnieg topnieje, przychodzi wiosna. Jak według zegarka.

Jeśli by się ktoś zastanawiał, co się z tym całym śniegiem dzieje, to mam na to prostą odpowiedź: wędruje do nas do Szwecji. :) Mamy od pewnego czasu blisko metra śniegu. Ostatni tydzień obfitował w temperatury rzędu -15 stopni w dzień, weekend troszkę cieplejszy (chwilę na plusie), a dziś znowu powrót. I to jaki!

O ile wczoraj było dość normalnie (śnieg, słoneczko, troszkę mrozu), tak dziś czuć prawdziwą północną zimę. Pierwszy poranny widok za oknem: Świat w odcieniach szarości i dużo, bardzo dużo szronu na drzewach. Każda gałązka biała... Minęła chwila, od kiedy widziałem coś takiego! A gdyby tego było mało, to rozhulała się malownicza wichura, na tyle mocna, że ciężko oddychać idąc pod wiatr. Unosi przy mocniejszych podmuchach zalegający śnieg z ziemi, tworząc w powietrzu zmiennokształtne obłoki.

I to jest prawdziwa zima, podczas której nasi przodkowie szli na bitwę w rogatych hełmach!

Za miesiąc możemy wstępnie zacząć myśleć o wiośnie, a w międzyczasie żeby nie być gołosłownym, podzielę się kilkoma zdjęciami młodych Wikingów walczących dzielnie z okrutną śnieżną bestią:


piątek, 26 lutego 2010

Sztokholm

Ekipa niedawno wróciła z wycieczki. Nie wdając się w szczegóły:

- Zielenili się na statku rejsowym,
- Przetoczyli się przez Rygę w parę godzin,
- Zielenili się ponownie,
- Spędzili dwa dni w Sztokholmie.

Przez ten czas zdążyli głównie:
- Zapomnieć o różnicy czasu między Rygą a Szwecją,
- Dosłownie wskoczyć na odpływający prom,
- Kupić prostownik (stary został w akademiku, a akumulator zmarzł),
- Zostawić alkohol z Rygi w bagażniku w mocno-ujemnej temperaturze (również zmarzł),
- Pooglądać sparaliżowane metro,
- Zostawić samochód na parkingu strzeżonym,
- Wzywać ochronę parkingu, by otworzyła bramę o 19,
- Część ekipy: Pomylić pociągi w drodze powrotnej.
- I chyba coś po drodze zwiedzili.

Huh. Aż trochę żałuję, że nie pojechałem :)

Zdjęcia Sztokholmu do pooglądania w w galerii Dominika.

---

Z wieści u mnie: Wczoraj było małe urodzinowe party Damiana i Tomasza. Było całkiem przyjemnie, śpiewaliśmy "sto lat" w wielu językach, na stole pojawiły się też dwa rewelacyjne ciasta (z czego jedno ananasowe, przepis z Brazylii, oraz jedno czekoladowe z bananem, przepis z pudełka - ubiłem śmietanę, ha!).

Kolega z Finlandii poczęstował nas swoim rodzimym trunkiem zwanym Salmari. Czarny specjał, lukrecja jako pierwsze skrzypce. Naprawdę się zdziwiłem: Otóż to jest autentycznie smaczne. Nie w taki sposób, jak np. nasza Żubrówka, którą się rodzimą tradycją pije, kaszle i stwierdza "uff, khh, dobra". To można normalnie wziąć do ust i z przyjemnością posmakować! Ostatnim alkoholem, który próbowałem z porównywalną przyjemnością, był miód pitny. Finlandia ma u mnie plusa.

--

Mam dla Was dużo ładnych zdjęć, tylko muszę tradycyjnie to wszystko wrzucić, przejrzeć... Niedługo. :)

sobota, 20 lutego 2010

Wycieczka: appendix

Zapomniałem dodać: Zaplanowaliśmy sobie (tak na pół serio :)), że gdy będzie ciepło, wybierzemy się jeszcze raz do tego zamku i spędzimy tam noc.

Do zrobienia:
  • Zaopatrzyć się w namiot. Alternatywnie: poczytać o robieniu szałasów lub spać pod gołym niebem. Albo w podziemiach? I wyznaczyć warty. (I w tajemnicy zatrudnić kogoś, by się probówał podkraść, tak dla wrażeń.)
  • Zaplanować prowiant (lub sprawdzić okolicę pod względem zwierzyny do upolowania).
  • Przygotować świeczki i sesję RPG, no bo jakże.
  • Obowiązkowo: Skombinować broń białą i hełmy z rogami, sztuk pięć.

Święto tynków vol.2: Wycieczka

Miałem opisać naszą krótką niedzielną wycieczkę, więc niniejszym to czynię:

Wyruszyliśmy z rana, zapakowaliśmy się w piątkę samochód i ruszyliśmy rozkoszną, równą szwedzką autostradą wzdłuż jeziora. Jechało się bardzo przyjemnie: z jednej strony przez okno widać na pół zamarznięte jezioro, a z drugiej zaśnieżone, strome zbocze skalne i drzewka. W takich warunkach można jeździć. :)

50 kilometrów zleciało w trymiga. Oto w przybliżeniu nasza trasa:


Wyświetl większą mapę

Kawałek za mieścinką o miłej nazwie Gränna (pokazana na mapie jako punkt docelowy) wysiedliśmy z samochodu na parkingu w małej zatoczce. Przeszliśmy podziemnym przejściem pod autostradą i już był zamek! Jak wygodnie, jak blisko.
Ruiny nie okazały się zbyt duże (przeciwnie), ale uroku im to nie ujmuje nic a nic. Budowla stoi na pagórku, a przez okna kamiennych ścian można godzinami obserwować wielkie jezioro Vättern, wysepkę na nim (podobno latem można tam jeździć konno) oraz kilka wiosek w dole.
Zresztą, co ja Wam będę mówił: Obrazek wart jest tysiąc słów, a ja - tak trochę, by odrobić opóźnienia z mojej strony - załączam tych obrazków ponad pięćdziesiąt. Wystarczy kliknąć:

Wycieczka 14.01

Kilka ostatnich zdjęć przedstawia Grännę, w której spędziliśmy dość mało czasu (nie bardzo było co zwiedzać). Niemniej kolorowy sklepik z tradycyjnymi szwedzkimi słodyczami (wyrabiane na miejscu!), który akurat był otwarty :), okazał się naprawdę przeuroczy. Nie sposób się oprzeć pokusie zrobienia tam zakupów, zapewniam. :)

poniedziałek, 15 lutego 2010

Święto tynków

Dużo się dziś działo w Szwecji.

Słowo kluczowe: Kolacja. Oj, z kolacją dzisiaj była niezła zabawa... Wszystko przez to, że z okazji pewnego święta jeden z towarzyszy podróży, który od pierwszych tygodni wyjazdu wyraźnie lubi się z roześmianą Brazylijką, postanowił naszykować jej kolację. Co w tym ciekawego? Opowiadam:
Skala przygotowań mnie nieco zaskoczyła. Rozumiem, że się ładnie ubrał w garnitur, rozumiem że zapomniał na kilka godzin o czujnikach dymu w pokoju i zapalił świeczki. Ale takie już zatrudnienie kolegi w roli kelnera było już bardzo epickim wyczynem. Powstało w sumie małe pospolite ruszenie pod tytułem "pomagamy Damianowi" - a to pomóc w kuchni, a to wybrać kelnerowi krawat, a to naradzić się jak najlepiej udekorować wesołej parce lody na deser...
Bohaterowie wieczoru siedzieli wprawdzie w pokoiku samemu, ale widząc całe przygotowania odniosłem wrażenie, że wyszło z tego bardziej przedstawienie niż kolacja. W każdym razie, wrażenia zdecydowanie pozytywne: będą mieli co wspominać ;).

A to nawet nie jest połowa wrażeń z dziś, bo jest jeszcze do opisania wycieczka i wieczorne odkrycie dokonane przez grupkę znudzonych studentów - ale to już następnym razem. ;)

wtorek, 9 lutego 2010

Afterwork

Jak wiadomo, w Szwecji (no cóż, że we Szwecji) jedzenie jest dość drogie. Gdzieś tak 2 razy droższe, niż u nas. I tak za pierwsze lepsze jedzenie na mieście (pizza, kebab, takie tam) płaci się 50-80 koron (circa 20-30zł), podczas gdy analogiczny Chińczyk w naszym kraju (większy i nieraz nawet smaczniejszy, jak się dobrze poszuka) zwykle brzęczy poniżej 10 sztuk złota, a pizze 'studenckie jednoosobowe' koło 15-20 w zależności od wielkości.

Trafiają się na szczęście rzeczy tańsze, niż u nas - na przykład lody familijne. Nie przytoczę cyferek, ale zauważalnie tańsze niż u nas. Pewnie je wycinają z któregoś jeziora :).
Gdy gotuje się samemu, jest nieco taniej, ale również drogo.

Do czego zmierzam? Szwedzi mają jeden sympatyczny zwyczaj, który te realia stawia nieco na głowie: Otóż w piątki po południu, gdzieś tak koło 15, większości gospodarzy w knajpach jak na sygnał przestawia się w głowie magiczny przełącznik. Zapominają w jednej chwili o wszelkiej chęci zysku, pędzą na zaplecze i wystawiają na wierzch garnki z rozmaitymi pysznościami.

Aha: Tutaj wszyscy mówią po prostu 'afterwork', ale już wiecie skąd się wziął nasz "szwedzki stół". ;)

Wystarczy tylko którymś piątkowym popołudniem zapukać tu lub tam, zapłacić jakieś 40-70 koron za talerz i... I dalej łatwo zgadnąć - sky's the limit, jemy ile chcemy i co chcemy. Darmo nie jest, ale niemniej, jakkolwiek by tego nie stawiać: 16 zł za "zjedz pysznego różnorodnego jedzenia ile tylko dasz radę" byłoby dobrą ofertą w Polsce. Na Szwedzkie cenowe realia, jest to po prostu raj.

Moja pierwsza styczność z afterworkiem wypadła bardzo polsko: 2 czubate talerze jedzenia, chwila przerwy (jeść więcej, nie jeść?) i jeszcze jedna mniejsza porcja na deser, bo przecież się nie może zmarnować. A było w czym wybierać: Od ziemniaków w mundurkach, poprzez śledzie na kilka sposobów, surówki i sałatki, na nachosach i innych drobnostkach kończąc.

piątek, 5 lutego 2010

Podróż

Hejże!

Ostatnio złożyło się, że nie pisałem (bo tak). Ostatnio niemniej się ktoś moim blogiem zainteresował - miła niespodzianka, dzięki! - więc dobrze byłoby gdybym zainteresował się nim również ja. Z tej racji skrobnę dziś parę akapitów odnośnie podróży.

Podróż jednym słowem? Długa. Dwoma? Długa i męcząca. Na trzecim miejscu postawiłbym jeszcze "mimo to przyjemna".

Złota rada #1: Jeśli zbierasz się by polecieć samolotem po raz pierwszy w życiu, poleć w nocy i w bezchmurną pogodę. Warto!

Ale po kolei:

Koło szóstej na lotnisku zaczęła się odprawa. Czasu było aż nadto, lecz mimo to przydał się, bo lotniskowe wagi mają swoje widzimisię i trzeba było przepakować to i tamto.

Złota rada #2: Wagę bagażu podręcznego najprościej zmniejszyć racząc się prowiantem.

Końcową fazą odprawy każdego przyszłego inżyniera jest obowiązkowe przejście przez Bramkę Logiczną. Wyszło mi to dość zabawnie, bo bramka uparcie dla mojego wejścia ustalała wyjście Prawdziwe, przez co musiałem w kolejnych próbach pozbyć się butów, kurtki, bluzy, wisiorka, telefonu i czegoś tam chyba jeszcze. Bramki ten pokaz i tak nie wzruszył, więc skończyło się na przeszukaniu przez Poważnego Strażnika. Dopiero wtedy mogłem ruszyć dalej. Minęło dobre kilka dni, zanim załapałem, że nie zdjąłem okularów.

Quiz: Czyja spostrzegawczość jest gorsza, strażnika celnego czy moja?

Tyle o odprawach. Samolocik okazał się bardzo różowy i dość mały (3 rzędy ciasnych siedzeń, spacja, drugie 3 rzędy - nie to, co te dwukorytarzowe kolosy na filmach). Pilot się z nami ładnie przywitał, załoga powiedziała w którą stronę mamy uciekać i gdzie są kamizelki ratunkowe, które mamy założyć w razie kąpieli w Bałtyku, a następnie polecieliśmy. No, prawie następnie, bo kołowaliśmy sobie po lotnisku dość długo. Wrażenia mniej więcej takie: "Oho, długa prosta: to na pewno pas startowy. Nie? A, może i nie, niby się tylko toczymy. Tam dalej jest druga, dużo dłuższa prosta, to na pewno teraz. Dalej nie? Hm, jeszcze jeden zakręt i na pewno...". Trwało to z kwadransik.
Gdy dość niespodziewanie ruszyliśmy z zauważalnie mocniejszym przyspieszeniem (zaczęło wgniatać w fotel), nie było wątpliwości, choć nadal powtarzałem sobie "że co, i to niby poleci? dobre sobie, przecież każdy wie że nie da się latać". Niemniej chwilę później, gdy już zacząłem rozważać co zrobię jeśli wbijemy się tą rozpędzoną różową machiną w podwarszawskie drzewa. Jednak mój układ współrzędnych obrócił się zaraz wzdłuż osi X i zauważyłem, że ziemia odsuwa się nam spod kół. Samolocik zrobił transformersa, schował koła i po chwili wszystko zaczęło szybko maleć w oczach.

OK, wracając do tematu: Dlaczego warto lecieć samolotem w nocy za pierwszym razem?

Wyglądałem przez okno z niecierpliwym wyczekiwaniem: "kiedy zobaczę wreszcie takie malutkie wszystko?". Jakie było moje oburzenie, gdy przez pierwsze kilka minut lotu widziałem tylko mgłę. "Bardzo mglisty poranek sobie wybrałem na lot", stwierdziłem. Minęło sporo zaspanych ziewnięć, zanim dotarło do mnie że gapię się na chmury z wierzchu. Widok pustego nieba powyżej chmur - bezcenne. Świadomość, że widzi się wschód słońca, podczas gdy "tam na dole" mają do niego jeszcze daleko - również intrygujące ;). Już mamy dobry powód.

Kolejne wrażenie z nocnego lotu: Na chmurkach tu i ówdzie widać było mniej i bardziej wyraźne żółte ciapki. Minęła chwila, zanim do mnie dotarło, że jeden ciapek to cała miejscowość. Zaskakujące.

W samolocie dostałem w prezencie magazyn od linii lotniczych (głównie reklamy, parę artykułów w różnych językach), udało mi się również podziękować uprzejmie za propozycję barbarzyńsko drogich przekąsek. Obserwując przesuwającą się za oknem sekwencję "chmury z ciapkami - chmury bez ciapek - znowu chmury z ciapkami" wydedukowałem po pewnym czasie, że Bałtyk mam za sobą i jestem nad Szwecją.

I chwilę później do mnie dotarło, jakie mam szczęście: Otóż większość Szwecji owego poranka była zupełnie bezchmurna. Niby nic takiego...
A jednak pokuszę się, by bez przesady stwierdzić, że miasta widziane w nocy, rozświetlone tysiącami żółtych lamp i przemierzane przez czerwono-białe kropki samochodów, oglądane z dużej wysokości bez żadnej chmurki zasłaniającej widok, wyglądają *nieziemsko*. I chcę to zobaczyć jeszcze raz.

Zaczęliśmy się z towarzyszem podróży prześcigać we wskazywaniu kolejnych mijanych miast i stwierdzaniu "To jest Göteborg. Nie, tamto jest większe, z pewnością tamto jest Göteborg. Hej, zaraz, zobacz to w oddali, jest dwa razy większe od tego Göteborga! Z pewością się pomyliliśmy. Hej, czekaj, czekaj, a patrz na to kolejne!"...

Zajęło to nam co najmniej piętnaście minut. I nie ukrywam, że było dość głupie, bo gdy lecieliśmy nad Göteborgiem, to pokrył nam swoimi światełkami i ulicami cały widok z iluminatora. A i tak widzieliśmy połowę, nie więcej.

Warto to zobaczyć. Oglądanie poszczególnych ulic z takiej wysokości, śledzenie przesuwających się linii reflektorów samochodowych, wyodrębnianie na oko poszczególnych dzielnic miasta... Naprawdę przyjemne i radosne zajęcie. Dało mi jeszcze więcej radości, niż gdy odkryłem Google Maps :). Serio. Lećcie samolotem w nocy.

PS. Czy lot samolotem mnie nastraszył? Nie, raczej nie. Start i lądowanie były dość obfite w wrażenia (i przeciążenia - trochę mi się kręciło w głowie, ale to raczej moja wina, bo mam to samo w co szybszych windach). Sam lot natomiast był dużo spokojniejszy od jazdy pustym autobusem. To rozkoszne mruczenie silnika za oknem paradoksalnie bardziej mnie usypiało i relaksowało, niż przeszkadzało. Rzekłbym nawet, że mogłoby spokojnie zainspirować Behemotha do paru albumów. :)

W następnym odcinku pierwsze kroki w Szwecji. Pozdrawiam wszystkich, którzy o mnie pamiętają (i Was wszystkich, całą resztę, też! :P). Cheers!

poniedziałek, 18 stycznia 2010

Dzień dobry

I 16. I. 2010

Cześć, Świecie!

Jest sobotni poranek i wreszcie mam czas napisać coś ciut dłuższego. Nie będę miał co najmniej do poniedziałku okazji podzielić się ze światem tym tekstem, gdyż zdobycie internetu wcale nie jest tu takie proste i oczywiste, jak się wydaje - niemniej nic nie stoi na przeszkodzie, bym zaczął powoli pisać.

Zacznę od odrobiny formalności: Wyjechałem sobie do Szwecji na wymianę studentów. Wracam na początku czerwca tego roku, a do tego czasu zamierzam prowadzić tego bloga regularnie i dzielić się z Wami doświadczeniami, wieściami, zdjęciami i relacjami z życia w tym ciekawym, ciut zimnym kraju.

Korzystając z okazji, chciałbym także pozdrowić moją Magdę, rodziców, babcię, wszystkich krewnych i całą moją wierną ekipę (a jakże? wymiatacie!). ;)

W najbliższych notkach będę relacjonował chronologicznie: mój dojazd na miejsce, pierwsze wrażenia z kraju i akademik. Zajęcia zaczynam w poniedziałek.

Zapraszam do czytania!

PS. Notka napisana w sobotę, gdy tylko mogłem, oraz opublikowana w poniedziałek, również gdy tylko mogłem. Cały weekend biuro od internetu niestety było nieczynne. Napisałem troszkę na zapas i postaram się publikować regularnie, jak dobrze pójdzie to codziennie (przynajmniej na początek, póki mam dużo materiału do opisania).