wtorek, 9 lutego 2010

Afterwork

Jak wiadomo, w Szwecji (no cóż, że we Szwecji) jedzenie jest dość drogie. Gdzieś tak 2 razy droższe, niż u nas. I tak za pierwsze lepsze jedzenie na mieście (pizza, kebab, takie tam) płaci się 50-80 koron (circa 20-30zł), podczas gdy analogiczny Chińczyk w naszym kraju (większy i nieraz nawet smaczniejszy, jak się dobrze poszuka) zwykle brzęczy poniżej 10 sztuk złota, a pizze 'studenckie jednoosobowe' koło 15-20 w zależności od wielkości.

Trafiają się na szczęście rzeczy tańsze, niż u nas - na przykład lody familijne. Nie przytoczę cyferek, ale zauważalnie tańsze niż u nas. Pewnie je wycinają z któregoś jeziora :).
Gdy gotuje się samemu, jest nieco taniej, ale również drogo.

Do czego zmierzam? Szwedzi mają jeden sympatyczny zwyczaj, który te realia stawia nieco na głowie: Otóż w piątki po południu, gdzieś tak koło 15, większości gospodarzy w knajpach jak na sygnał przestawia się w głowie magiczny przełącznik. Zapominają w jednej chwili o wszelkiej chęci zysku, pędzą na zaplecze i wystawiają na wierzch garnki z rozmaitymi pysznościami.

Aha: Tutaj wszyscy mówią po prostu 'afterwork', ale już wiecie skąd się wziął nasz "szwedzki stół". ;)

Wystarczy tylko którymś piątkowym popołudniem zapukać tu lub tam, zapłacić jakieś 40-70 koron za talerz i... I dalej łatwo zgadnąć - sky's the limit, jemy ile chcemy i co chcemy. Darmo nie jest, ale niemniej, jakkolwiek by tego nie stawiać: 16 zł za "zjedz pysznego różnorodnego jedzenia ile tylko dasz radę" byłoby dobrą ofertą w Polsce. Na Szwedzkie cenowe realia, jest to po prostu raj.

Moja pierwsza styczność z afterworkiem wypadła bardzo polsko: 2 czubate talerze jedzenia, chwila przerwy (jeść więcej, nie jeść?) i jeszcze jedna mniejsza porcja na deser, bo przecież się nie może zmarnować. A było w czym wybierać: Od ziemniaków w mundurkach, poprzez śledzie na kilka sposobów, surówki i sałatki, na nachosach i innych drobnostkach kończąc.

6 komentarzy:

mendel pisze...

Kolejny dowód na to, że Kos potrafi. Śledzie nawet na obczyźnie znalazł...

Unknown pisze...

Poczytałoby się jeszcze...

Marek pisze...

przydałoby się w Danii :)

Tomasz pisze...

To trzeba było z nami do Szwecji jechać! ^^

beeezel pisze...

Akurat typowo polską tradycją jest nawalenie na talerz jak najwięcej i zjedzenie co najwyżej połowy. Kiedyś widziałem jak ktoś nałożył sobie ziemniaki z frytkami. To o czym piszesz to typowo "studencka" tradycja :D.

Tomasz pisze...

Włącza mi się morderczy instynkt gdy widzę kogoś zostawiającego jedzenie na talerzu.

Jedzenie to największa, najbardziej zakorzeniona w ludzkiej osobowości, podstawowa rozkosz dla ciała i umysłu - jak można tego nie doceniać ORAZ marnować cenną żywność? ._.

Prześlij komentarz